Zacznę może od tego, że Linuksa używam na co dzień, na desktopie i mój komputer nie ma zainstalowanego innego systemu operacyjnego. To, po to, aby mnie opacznie nie zrozumiano.
W wszelkich dyskusjach na temat bezpieczeństwa Linuksa, przewija się fakt, niewielkiej penetracji rynku, a przez to, w porównaniu z najpopularniejszym dziś systemem, ilości użytkowników.
Wielu 'fanboyów' Linuksa, obrusza się w tym momencie, że to nie ma znaczenia, że Linuks z definicji jest bezpieczniejszy i że to właśnie jest najważniejsze
Jest to pogląd z gruntu błędny. Owszem - Linuks jest 'z definicji' oraz 'z implementacji' bezpieczniejszy od Windows, lecz bezpieczeństwo systemu to nie tylko same mechanizmy - lecz też zachowanie użytkowników. To że jądro systemu jest super-hiper-duper bezpieczne, nic nie da, jeśli użytkownik siedzący przed ekranem nie odróżnia worda od excela od trojana. Owszem, może trojan/wirus nie będzie miał uprawnień administratora, ale powiedzmy szczerze: po co, w dzisiejszych czasach, jakiemukolwiek złośliwemu oprogramowaniu uprawnienia administratora? Wystarczy odpowiednio dołączyć się do środowiska użytkownika i już można rozsyłać spam, ddosować, czy szukać innych ofiar.
Dlatego powiedz mi - ty - zaawansowany użytkowniku Linuksa, ile razy:
- sprawdzałeś ostatnio swój bashrc (lub inny skrypt ważny dla twej powłoki)?
- sprawdzałeś listę usług startowanych przez gdm/kdm/xdm?
- skompilowałeś i zainstalowałeś jakiś program ze źródeł bez sprawdzania zawartości?
Widzi się w mediach i na ulicach efekty różnych wypadków drogowych. Często, komentuje się, niewybrednymi słowy. Powiem wam jednak że uczestnictwo, a nawet spowodowanie takiego wypadku stanowczo zmienia persperktywę.
Wymusiłem pierwszeństwo. Byłem absolutnie trzeźwy, nie jechałem szybko, było późno, skrzyżowanie z migającymi na żółto światłami. Nie próbuję się usprawiedliwiać - po prostu stwierdzam fakty.
Najpierw słyszy się przeciągłe wycie - kierowca drugiego samochodu zauważył co się dzieje i próbował jakoś reagować. Potem uderzenie, a potem nie widzi i słyszy się już nic - to za krótko trwa. Moment przeciążenia, szybkie wyhamowanie (znak drogowy), przewrotka na dach i zatrzymanie.
Pierwsza reakcja, to panika - wydostać się. Tu wtrącę późniejsze przemyślenie: jeśli ktokolwiek powie wam że pasy bezpieczeństwa to zła idea, to każcie mu postukać się głową, najlepiej w mur, z prędkością co najmniej 50km/h. Wracamy na miejsce wypadku - podniesienie się w pasach i rozpięcie. Najpierw, próba otwarcia tylnych drzwi - niestety zakleszczone. No to oknem.
Pierwsza świadoma reakcja - jestem cały. Druga: przecież miałem pasażera. Nadbiegają gapie - pomagamy wydostać się pasażerowi. Trochę wstrząśnięty, ale wygląda na całego. Trzecia: drugi kierowca i jego samochód: kierowca cały, samochód prawie.
Epilog: pasażera zabierają do szpitala na prześwietlenie, po czym puszczają do domu. Nic mu nie jest. Mandat karny 500PLN i 6 punktów.
Wnioski: wyciągnąć, przede wszystkim. Wyjście cało z groźnej sytuacji zmienia perspektywę - trzeba uważać bardziej, jeździć trochę wolniej. Mam nadzieję że ty czytelniku też sobie weźmiesz je do serca.
