Mówiąc nieco po Gibsonowsku, pod naporem ciśnienia dokonałem skoku ewolucyjnego.
Po utracie poprzedniej pracy, ponieważ poważne firmy informatyczne w mieście w którym poprzednio mieszkałem można policzyć (dosłownie) na palcach jednej ręki, po bezowocnych poszukiwaniach musiałem przenieść się do Gdyni.
Gdynia miasto ładne i bogate (historią acz nie tylko) podoba mnie się o niebo bardziej niż Gdańsk i tylko nieco mniej niż Sopot. Od wczoraj mieszkam sobie więc w wynajętym mieszkanku praktycznie w centrum (parę kroków od Gdyni Głównej. Do pracy też blisko więc super.
Początkowe koszty są spore - zwłaszcza że nie mam nic i kupić muszę po trochu wszystko, począwszy od tak banalnej rzeczy jak taka łycha z dziurami do wyciągania pierogów z wody (wyszło dziś przy obiedzie) aż po własne mieszkanie (ale to pieśń przyszłości, mam nadzieję że niezbyt daleka).
Wady: na razie nie mam jeszcze własnego neta, i muszę podkradać sąsiadom WiFi. Ponadto w Gdyni z rana jest nieco chłodno bo wieje od morza.
Dla przyjaciół bliższych i dalszych: Elbląga w całości nie porzucam i będę często wpadał. Sami wiecie po co.
Cóż dalej... czas pokaże. Za nowojorską minutę.
