Część z jeżdzących po Elblągu tramwajów to stare, kupione z a bezcen GT6.

Mają one tą ciekawą cechę, że drzwi w nich, o ile nikt nie stoi na schodkach, po pewnym czasie zamykaja się automatycznie. System ten sprawdza się w stosunku do zdrowych, ogólnie statystycznych, mieszkańców Elbląga. Nie sprawdza się się to wcale w wypadku osób niepełnosprawnych.

Dziś byłem świadkiem takiej sceny: kobieta, o dwuch kulach, z wyraźnym trudem, wsiadła do tramwaju. Wysiąść nie zdołała. Automatyczne dzrzwi przytrzasnęły ją. Trzy razy. Inni pasażerowie pomagali wciskając przycisk otwarcia drzwi, w końcu przycisnęły ją i już nie chciały się otworzyć. Na to wypada motorniczy, krzyczy na niepełnosprawna kobietę, krzyczy na ludzi którzy próbują jej pomóc, zachowuje się naprawdę chamsko.

Szkoda że stałem zbyt daleko...

1 komentarz

Jako że jestem heteroseksualistą, oglądając filmy, większość czasu gapie sie na laski. Od czasu do czasu, zauważam też jednak pewne wątki poboczne, a przy okazji aktorów w nich grających. Jeśli zaś jakiś aktor potrafi skupić moja uwagę na dłużej - oznacza to że jest w swoim fachu naprawdę dobry. Jednym z nielicznych którym ta sztuka udaje sie raz za razem jest Kevin Spacey.

Kevin Spacey nie jest typową gwiazdą z Hollywood. Po pierwsze - nigdy nie słyszałem o jakimkolwiek skandalu z jego udziałem, ponadto w przeciwieństwie do wielu innych gwiazd, swoje życie prywatne trzyma z dala od kamer. Dlatego tym bardziej zasługuje na nasze uznanie jako aktor - oceniamy go na podstawie tego jak gra, a nie tego jak żyje.

Aby nie zaczynać tego akapitu od "Kevin Spacey" zacząłem go od "Aby" co i tak jest niepoprawne stylistycznie/gramatycznie (niepotrzebne skręcić). Potrafi on w każdym, nawet słabym filmie stworzyć niesamowitą kreację. W tych lepszych wznosi się na wyżyny dla innych niedostępne. Poustawiajmy to może chronologicznie. Ograniczę się do filmów które widziałem, a wszystkie z nich (moim zdaniem) są warte tego aby oglądać je wiele razy.

  • 1995 - Podejrzani (The Usual Suspects) - genialny thriller sensacyjny. Trup wcale nie ściele sie gęsto (a jak juz to jest na co popatrzeć), fabuła zaś wciąga od pierwszego ujęcia lamp portowych. Zakończenie zaś jest rewelacyjne... ale nie zdradzę.
  • 1995 - Siedem (Se7en) - w tym filmie, Spacey, posunął się do czegoś do czego chyba nikt inny by się nie posunął. Aby zwiększyć zaskoczenie widza kazał usunąć swoje nazwisko z napisów początkowych.
  • 1996 - Czas Zabijania (A Time to Kill) - ważny film, wnoszący wiele do dyskusji o stosunkach międzyrasowych w USA (i nie tylko). Widać w nim że Spacey potrafi sie wcielać nie tylko w role miłych facetów, ale też w role tych niemiłych.
  • 1997 - Tajemnice Los Angeles (L.A. Confidential) - powrót do kina gangsterskiego, Hollywood, gwiazdy filmowe, skorumpowana policja. To chyba rola w której Spacey czuje się najlepiej - pełnego ironii nie-do-końca-skorumpowanego policjanta. Że o świetnych rolach Dannego DeVito, Kim Basinger czy Russela Crowe nie wspomnę.
  • 1998 - Negocjator (The Negotiator) - słabszy film, słabsza rola w karierze, ale i tak się to nieźle ogląda.
  • 1999 - American Beauty - jeśli ktoś tego filmu nie widział to nie wie co traci... co tu dużo mówić... ile dostał Oscarów?
  • 1999 - The Big Kahuna - chyba mój ulubiony film z Kevinem. Mało znany (bo bardzo prosty, tani) i przyćmiony przez wyprodukowany w tym samym roku co American Beauty. Czasami puszcza go telewizja (tam go widziałem co najmniej dwa razy), i naprawdę warto go upolować. Prawie cała akcja dzieje się w jednym pokoju hotelowym. Kevin Spacey, Danny DeVito oraz Peter Facinelli grają handlowców z firmy produkującej smary. Organizują przyjęcie biznesowe w hotelu w celu upolowania klienta. Ich firma nieco podupadła, więc przyjęcie jest de facto wycelowane w jednego, ważnego ewentualnego klienta, którego zdobycie mogłoby postawić firmę na nogi. DeVito gra tu starego wyjadacza, Spacey nieco młodszego, ale bardzo doświadczonego handlowca. Facinelli gra młodego inżyniera, przypiętego do ekipy po to aby móc wyjaśnić klientowi co bardziej skomplikowane kwestie techniczne. Młodego, niedoświadczonego ideowego. Nie będę tu bardziej rozwijał sie o treści filmu, obejrzyjcie sami. Jest w tym filmie jeden dialog który...:
     - (Facinelli) Więc twierdzisz że nie będę nic wart dopóki nie zrobię czegoś czego będę żałował?
     - (DeVito) Nie. Ty już zrobiłeś takie rzeczy. Zrobiłeś już wiele rzeczy których powinieneś żałować. Po prostu jeszcze nie wiesz co to za rzeczy. Dopóki nie spojrzysz z dystansem na woje życie, nie zauważysz głupot które popełniłeś w życiu, nie będziesz chciał ich cofnąć mimo że już nie możesz. (Nie będziesz nic wart).
    
    (transkrypcja własna, z pamięci z pomocą IMDB)

    Tak więc spójrz na swoje życie, przemyśl jakie głupoty popełniłeś.

    P. S. Jak widać był to wpis wycelowany w konkretny film. Kończąc: polecam jeszcze rewelacyjne K-PAX (2001) oraz nie mniej rewelacyjne Kroniki Portowe (2001, The Shipping News).

2 komentarze

Nie biorę odpowiedzialności za ewentualne szkody fizyczne/psychiczne/moralne powstałe po implementacji tego przepisu.

Zastosowanie:

Wyjątkowe momenty, np. projekt do oddania na przedwczoraj + wrodzony wstręt do kawy.

Składniki:

  • Herbata (zwykła)
  • Cukier (zwykły, sypki)
  • Cytryna (cała, troche zostanie)
  • Wrzątek (woda w stanie ciekłym w temperaturze wrzenia)

Sposób przygotowania:

Bierzemy szklankę (taką standardową, ciemną ala Arocoroc), sypiemy do niej 1 cm herbary (tzn sypiemy dopóki na dnie nie będzie warstwa o grubości 1 cm). Następnie sypiemy cukier w takiej ilości, aby patrząc od góry szklanki nie było widać herbaty. Zalewamy wrzątkiem, pozostawiając odpowiednią ilość miejsca na cytrynę (1 cm). Czekamy chwilę aż się zaparzy. Ze środka cytryny kroimy plaster o grubości 1 cm i wrzucamy do szklanki. Mieszamy, łyżeczką, wyciskając sok z cytryny.

Sposób konsumpcji (osoby o słabych nerwach proszone o opuszczenie tego akapitu):

Czekamy aż nieco ostygnie, po czym wypijamy. Obowiązkowo zjadamy cytrynę, prawdziwi twardziele mogą ze skórką. Najprawdziwsi twardziele mogą także skonsumować fusy.

Działanie:

Stawia na nogi błyskawicznie i daje kopa na dłuższy okres.

Przeciwwskazania:

Zdrowy rozsądek, wrzody, nadcisnienie itp.

P. S. to sie da skonsumować w wersji dla najprawdziwszych twardzieli. Mam świadków.

P. S. 2. Jak ktoś nie słodzi to nie musi, ale osobiście radzę i tak trochę posłodzić, inaczej będzie wściekle gorzka.

42 komentarze

Że Geekowie czytają książki to nic nowego. Trudno jednak znaleźć książkę idealną dla Geeka. SF czy Fantsy sie po pewnym czasie nudzi, w pewnych momentach nawet Pratchet przestaje śmieszyć, a Lem... usypia.

Dlatego śpieszę donieść że jakiś czas temu, udało mnie się znaleźć książkę idealną dla Geeka. Jest to "Cryptonomicon" autorstwa Neala Stephensona.

Stephenson to autor głównie SF (polecam równocześnie rewelacyjną "Zamieć"), tworzący nowe podgatunki i poszerzający już istniejące. Tu ważna dla Geeka informacja: Stephenson, oprócz tego że jest pisarzem, jest też programistą (przynajmniej z tego się utrzymywał dopóki książki nie przyniosły mu wystarczających pieniędzy. Oznacza to że rozumie i czuje klimaty które poruszają środowiskime Geeków. Przynajmniej po części.

Ale dość o autorze, wróćmy do "Cryptonomiconu". Książka ta ma kilka powiązanych wątków, część dzieje się podczas drugiej wojny światowej, część w czasach dzisiejszych. I nie jest to SF, jest to całkiem prawdopodobna historia rozgrywająca się w historycznym tle.

Jak sugeruje tytuł, duża część akcji powieści krąży wokół kryptografii. Zapaleni do tej dziedziny Geekowie znajdą nawet w książce opis prawdziwego algorytmu kryptograficznego, oraz skrypt Perlowy (sic!) go realizujący. Do tego jeszcze sporo wzorów matematycznych (ale w ilości strawnej dla nie-Geeków), tochę nawiązania dla statystyki. Dość powiedzieć że jeden z głównych bohaterów jest wręcz idealnym archetypem Geeka.

I jeśli nie przeraża cię objętość siedmiuset stron, właśnie zaczynają ci się wakacje/urlop, to polecam "Cryptonomicon". Nawet jeśli nie jesteś Geekiem.

Na koniec marne zdjęcie mocno już sfatygowanego egzemlarza którego jestem właścicielem:

Dodaj komentarz

Chyba najbardziej niedoceniony komputer osobisty.

Komputery linii XL/XE pojawiły sie na rynku około 1985 roku. Po pewnym czasie pojawiły się w Polsce w Peweksach do kupienia za dolary. Szybko stały sie przebojem komunijnym. Wielu swego czasu dostało zestaw Atari 65XE + XC12 + 2 dżojstiki.

Taki, chyba najpopularniejszy wówczas zestaw, był przyczyną wielu złych opinii na temat tego komputera. Winą wszystkiego jest magnetofon XC12. Firma Atari początkowo nie przewidywała sprzedawania magnetofonów. Później, gdy okazało się że stacje dysków są dla wielu konsumentów za drogie, firma szybko wprowadziła magnetofony. Niestety, były one o wiele wolniejsze niż stacje dysków. Wie o tym każdy kto kiedykolwiek używał jednego i drugiego - to po prostu dwa różne światy.

Dlaczego napisałem że jest to komputer niedoceniony? Ponieważ maszyna ta ma sobie ogromny potencjał, który przez cały czas jej świetności nie został odkryty. W latach tych musiała konkurować np. z Commodore C64 i przez użytkowników tego była często wyszydzana - gry na Atari zazwyczaj były mocno słabsze od tych na C64.

Pełny potencjał "małego" Atari odkryła dopiero demoscena. To co można zobaczyć w do dziś (sic!) wydawanych scenowych produkcjach powala i jest zupełnie nieporównywalne z tym co produkowano na ten komputer w latach 1985 - 1990. Ponadto, produkcje te stoją co najmniej o klasę wyżej od tego co można zobaczyć na konkurencyjnej platformie (czyt. na mydelniczce ;) ).

To co czyni Atarkę tym czym jest to głównie fenomenalny układ ANTIC. Dziś nazwalibyśmy go akceleratorem graficznym. Możliwości które on oferuje biją wszystko co wówczas było produkowane na rynek domowy.

Oczywiście, Commodorowcy, zapewne będą mi wypominać SIDa, rewelacyjny układ dźwiękowy z C64. Owszem, chylę przed nim czoła, z tym że całkiem niedawno na Atari 65XE z Pokeyem (standardowy układ dźwiękowy w Atari) udało się zaemulować SIDa :).

Na pocieszenie dla byłych/dzisiejszych właścicieli mydelniczek, mogę jedynie powiedzieć że ekipa projektantów Atari XL/XE, po pewnym czasie odeszła od firmy, założyła własną gdzie skonstruowali własny komputer, a później zostali wykupieni przez Commodore. Acha, ten komputer nazywa się Amiga :)

P. S. Jeśli chcecie zobaczyć do czego zdolna jest Atarka, polecam ściągnąć ten emulator i to demko. Miłego oglądania (tu screeny jak ktoś leniwy).

P. S. 2. Wiecie jak dziś wygląda typowa scenowa konfiguracja małego Atari? 1 MB pamięci, dźwięk stereo, twardy dysk i cała kupa innych rozszerzeń.

24 komentarze

U Acha znalazłem linka do badania uzależnienia od internetu.

Zrobiłem sobie ten test, w miarę szczerze o ile byłem w stanie (wyszło że nie jestem uzależniony, uff ;)) i mam problem. Polega on na tym że jestem informatykiem - w pracy siedze cięgiem 8 godzin przed monitorem i klepie soft. Staram się orientować w nowinkach technologicznych, skończyć magisterkę itp. co powoduje że także w czasie wolnym sporo czasu spędzam "w" internecie. Test jednak mojego zawodu nie bierze pod uwagę. Dlatego wydaje mi się że w moim wypadku jest mało miarodajny. Potrzebowałbym takiego testu skrojonego specjalnie pod informatyków. Chyba popytam znajomą psycholożkę

P.S. Zastanowiło mnie określenie "być w internecie". Co ja pakiet jestem? Zabawne...

5 komentarzy

...żeby pomóc Microsoftowi, bo wredni Linuksowcy naruszają ich patenty.

Na ładnym wiki można się dopisać, wraz z otwartym oprogramowaniem którego się używa. Żeby prawnicy Microsoftu nie musieli się męczyć z szukaniem ludzi do pozwania. Ciekawa akcja, chociaż trochę bez sensu.

Ruchy Microsoftu w sprawach patentów które podobno narusza wolne oprogramowanie, to typowy FUD. Im nie chodzi aby pozywać kogokolwiek o cokolwiek, ale aby zwiększyć swój udział w rynku. Dlatego zwykli użytkownicy, szaraczki za klawiaturą, nie są w stanie wymusić na Microsofcie przyznania się do bluffu. To mogłyby zrobić wielkie korporacje, takie jak Oracle, IBM. Szczególnie IBM, który jak słyszałem posiada największe portfolio patentów na świecie.

No i oczywiście pozostaje sprawa patentowania oprogramowania. Może uściślijmy: algorytmów. Moim zdaniem, nie da się tu zastosować klasycznego systemu patentowego. Został on stworzony tak dawno temu że w tej sytuacji jest całkowicie anachroniczny. Myślę że dobrym rozwiązaniem byłby następujący kompromis:

  • Można patentować algorytmy
  • Można tworzyć wolne oprogramowanie z zastosowaniem opatentowanych technologii, bez ponoszenia opłat
  • Można używać tego oprogramowania do celów niekomercyjnych
  • W wypadku użycia komercyjnego, należy uiścić opłaty
  • W wypadku tworzenia oprogramowania komercyjnego, należy uiścić opłaty

Przy czym za "wolne" oprogramowanie uważam tu oprogramowanie w sensie licencji GPL w nadchodzącej wersji 3, aby zabezpieczyć się przed obejściami tych zasad.

Alternatywnie można by pozostać przy starym systemie, z tym że należałoby drastycznie skrócić okres ochrony patentowej - maksymalnie pięć lat.

A co do wyżej wspomnianej listy, ja do niej się dopisywać nie zamierzam. Już napisałem że uważam to ze bezsensowne, no i jak Microsoft będzie chciał mnie pozwać to mnie znajdzie. Ponadto żyjemy w kraju prawa i sprawiedliwości, a tą każdy rozumie po swojemu ;)

2 komentarze

Współpracownicy wrócili właśnie z delegacji z Indii.

Przywieźli ze sobą jakieś ichne słodycze:

Trzeba to trzymać w lodówce. Zjadłem kawałek. Smakje trochę jak surowe ciasto, ogólnie całkiem dobre. Jeszcze żyję.

3 komentarze

Nie czujecie czasami że wieeelkie firmy traktują otwarte systemy operacyjne (czyt. Linuksa) na zasadzie: macie, radźcie sobie?

Ja przynajmniej tak widzę Adobe. Ich najbardziej znane produkty pod Linuksa to:

  1. Acrobat Reader
  2. Flash plugin

Przy czym do tego pierwszego nic nie mam (bo nie używam). Za to drugi...

Zauważyliście że Flash plugin pod Linuksa jest koszmarnie wolny? Oczywiście w porównaniu do swojego windzianego odpowiednika. Szczególnie jeśli chodzi o dźwięk (i przy okazji video). Weźcie sobie taki np. Guitar Shred Show i porównajcie jak działa, na tym samym komputerze, raz pod Linuksem, raz pod windą.

I jaką presję na producenta tu można wywrzeć? Przecież jest... przecież działa... Pozostaje jedynie czekać aż wolne odpowiedniki staną się w pełni funkcjonalne.

P.S. Z NVidią podobnie. Czy naprawdę chłopaki z nouveau muszą się męczyć, żeby NVidia zauważyła potrzebę pełnego otwarcia sterowników?

11 komentarzy

...to podstawa.

Mój domowy komputer sie rozwija. W tej chwili jest w nim 5 dysków, 2 nagrywarki, karta TV i cała reszta typowego szajsu. W międzyczasie niektóre rzeczy zaczeły się dziwnie zachowywać - a to dysk się wyłączył, nagrywarka kiepsko nagrywała, urządzenia USB działały jak chciały.

W tym czasie jako zasilacz miałem jakiś totalnie szajsowy noname 350W. Poszedłem po rozum do głowy, tpopatrzyłem na bezkresną pustą przestrzeń... i podreptałem do sklepu kupić coś zdecydowanie mocniejszego. No i skończyły się problemy z zatrzymującymi ddyskami, USB działa bezproblemowo, płyty nagrane w nagrywarce faktycznie dają się czytać.

Dlatego jak ktoś mi teraz mówi że ma problemy z komputerem, pytam zawsze o zasilacz, chyba najbardziej niedoceniany element zestawów komputerowych.

Pamiętaj informatyku młody - najpierw sprawdzaj zasilacz :)

5 komentarzy

Przepis na tost idealny. Rezultat wieloletnich badań nad Tostologią Stosowaną. Nie biorę odpowiedzialności za ewentualne szkody moralne, fizyczne czy psychiczne, spowodowane zastosowaniem niniejszego przepisu.

Składniki:

  • Chleb tostowy (najlepiej niemiecki Schulstad, do tostów nadaje się lepiej niz chleb polski, ale TYLKO do tostów)
  • Masło bez oleju i tym podobnych dodatków (boże broń przed margaryną)
  • Ser żóły (im mniej dziur tym lepiej sie nadaje)
  • Baleron

Sposób przygotowania (pojedynczego tostu)

  • Bierzemy dwie kromki chleba, obie smarujemy obficie po jednej stronie masłem
  • Na posmarowane kromki kładziemy (na każdą) po plastrze sera. Plastry muszą być grubości ok. 2 mm i muszą pokrywać całe kromki!
  • Łączymy kromki ze sobą (jedną nakładając na drugą), do srodka wkładając plaster baleronu
  • Pieczemy. Nie przejmujemy się parą (tak, to para, nie dym), nie przejmujemy się serem wypływającym z tostera.

Czas na konsumpcję. Jeśli przejmujesz sie cholesterolem i tym podobynmi sprawami to właśnie jest najlepszy moment na zawał.

5 komentarzy

Kupiłem sobie nowy fotel. Jako że stary załatwiłem w dwa miesiące, nowy jest solidny, z firmy Cebron. Specjalne wzmocnienia na kaliber 130KG dodali za darmo :)

Zgadnijcie, komu najbardziej sie spodobal?Kota

P.S. Podziękowania dla Kacpra za transport.

3 komentarze

Projekt Gnome wydał właśnie nową wersję rozwojową (2.19.2) swojego środowiska. Ponieważ na co dzień używam Gnome (do tego właśnie w rozwojowej wersji), jest to dla mnie dość istotne wydarzenie.

Gnome używa głównie z jednego powodu. Daaawno temu, gdy Gnome jeszcze nie istniało (lub dopiero raczkowało) spróbowałem KDE, w wersji 2.x, ale niespecjalnie mnie się spodobało. Ponieważ wówczas środowisko to nie miało konkurencji (po prostu jeszcze jej nie napisano), to go używałem. Potem przyszły czasy studiów, gdy w miarę rzadko dotykałem się platformy i386 (i pochodnych), bo miałem mojego Falcona i do większości rzeczy zupełnie mi wystarczał. Czasem oczywiście musiałem skorzystać z komputera kolegi czy koleżanki, ale tam zazwyczaj była winda. Jak już był Linuks i KDE to już była wersja 3.x, która też nie przypadła mi do gustu, po prostu Keramik mi się nie podoba. Za to zakochałem się w screenschotach Gnome, zwłaszcze wersji 2.x z ClearLooksem. Dlatego, kiedy po studiach zaopatrzyłem się w nowy komputer, wybrałem na moje środowisko Gnome.

Krytycy Gnome, często bardzo poważani w środowisku hakerzy (że o Linusie nie wspomnę), uważają że Gnome robi z ludzi idiotów i ogranicza możliwości dostosowania. Zapominają jednak, że kiedy spojrzeć na krzywą Gaussa, to znajdują sie oni ze skrajnego końca. Większość ludzi na świecie jest gdzieś w okolicach środka. Tą właśnie cechę ludzkości bierze pod uwagę Gnome.

Jeśli spojrzeć na studia użyteczności oprogramowania, a zwłaszcza interfejsów użytkownika, wybijającą się cechą Zwyczajnego użytkownika (ZU) jest niechęć do czynienia wyborów. Użytkownik nie chce wybierać jak program z którym pracuje ma działać. Ten program po prostu ma działać. Pewne osoby uważają nawet że pozostawienie użytkownikowi wyboru to błąd projektowy - miejsce gdzie projektantowi nie chciało się przemyśleć sprawy.

Dlatego projektowaniem GUI rządzi jedna podstawowa zasada: Użytkownik nie chce wybierać. I ja tak właśnie rozumiem filozofię Gnome. Gnome nie daje Ci wyboru, ponieważ Gnome przemyślało wybór dla Ciebie. Gnome to środowisko dla zwykłych ludzi. Jeżeli tego nie akceptujesz, nie rozumiesz, lub jesteś na końcu krzywej Gaussa, Gnome najprawdopodobniej nie jest dla Ciebie.

Nacisk na pracę "dla użytkownika" widać nawet w cyklu rozwojowym Gnome. Wydania następują regularnie co pół roku i wchodzi do nich to co jest aktualnie gotowe. To co nie zdążyło ma szansę w następnym wydaniu. Z drugiej strony mamy KDE, które wychodzi "kiedy jest gotowe". Takie rozwiązanie jest lepsze dla profesjonalistów IT, którzy zawsze mogą, jeśli chcą, skorzystać z eksperymentalnych buildów. Według mnie, regularne wydania są lepsze dla zwykłego użytkownika (nawet jeśli nie zawierają za każdym razem jakiśch ogromnych zmian). Porównajmy to z Ubuntu które zapożyczyło filozofię wydań od Gnome, i jego ogromnym sukcesem

P.S. A wojna na numerki wersji nie ma sensu.

P.S.2. Druga podstawowa zasada (jak na razie niestety rzadko stosowana to: Użytkownik zawsze musi mieć możliwość cofnięcia swojej akcji

9 komentarzy

Muzyka Björk to jakaś magia, czary. Zawsze znajduję w niej to czego szukam. Mogę jej słuchac bez końca i zawsze znajdować coś nowego. Jeżeli nigdy Björk nie słyszałeś - posłuchaj rady - posłuchaj Björk.

Odczucia osobiste: byłem swego czasu przeziębiony. Trzymało mnie to już dwa tygodnie i nie było przyjemne. Wracając z pracy usłaszałem słowa piosenki "(..)I heal you(..)" i mi przeszło.

Björk eksperymentuje. Jej muzyka to jeden wielki, ale dokładnie dopracowany, eksperyment. To co w niej zachwyca to umiejętnośc połączenia dźwięków które same z siebie są hałasem w coś od czego nie można oderwać uszu. Połączenia klasycznych instrumentów z industrialnymi zgrzytami.

Teksty piosenek Björk to też coś co mocno wgryza się w głowę. Doskonale skomponowane z dźwiękiem i barwą głosu wokalistki są... po prostu niesamowite

I na koniec teledyski. Tu juz po prostu nie wiem co napisać. Po prostu brak słów. Geniusz, ideał...

Koniec pisania, ide posłuchać...

P.S. Niedawno wyszła nowa płyta ("Volta"), gorąco polecam!

P.S.2. Kiedyś w stacjach telewizyjnych w Winampie była "Björk TV" nadająca na okrągło jej teledyski. Może jeszcz istnieje. Sprawdź.

P.S.3. Kiedyś pomyślałem mniej więcej tak: "Na Islandii musi być bardzo zimno skoro są tam ludzie którzy potrafią dać z siebie tyle ciepła"

2 komentarze

Wczoraj miałem niezbyt przyjemną możliwość spotkania się z F-Spotem. Dla niewiedzących jest to program do przeglądania/katalogowania/obróbki zdjęć i innych obrazków. Ogólnie pornografii ;) Zaczęło się to wszystko tak...

Moja szanowna rodzicielka wróciła ze zjazdu znajomych, a pocztą zaraz za nią przyszła płyta CD ze zdjęciami. No i trzeba było z tego zrobić galerie w internecie. Padło mi aby to zrobic w PicassaWeb. Zainstalowałem linuksową Picasse i... Linuksowa wersja nie obsługuję PicassaWeb. Zainstalowałem windowsową wersje Picassy pod Wine, a ta wredna ciągle udostępniała tylko to co można zrobić pod Linuksem.

Tu pokłon w stronę Wikipedii, gdzie na stronie o Picassie znalazłem informację że F-Spot obsługuje PicassaWeb. Szybciutko go odpaliłem, zdjęcia zaimportowałem. I zaczęły się zgrzyty. Podczas eksportowania zdjęć do PicassyWeb F-Spot zawiesił się kilka razy. W losowych momentach. Wiecie jakie to denerwujące? Idziesz sobie zrobić kanapkę, wracasz, a po F-Spocie ani śladu... Wrr....

Cóż, pozostaje trzymać kciuki za deweloperów F-Spota, i dorzucić im kamyczek do bugtrackera.

P.S. Galeria jest prywatna :P

P.S.2. Pozdro dla Sidora.

6 komentarzy

Blog, bloga, blogiem... Każdy ma bloga, mam i ja :) Po prawdzie to mój nie pierwszy blog, ale to było dawno temu i nieprawda. Planowana tematyka: frustracje i psychiczny ekshibicjonizm :) Poważniej: otwarte oprogramowanie, (pop)kultura i co ślina na język przyniesie.

1 komentarz

Creative Commons License Powered by Jogger.PL and Tarski · Ported by alberht (ze zmianami)